into dust, n #69


Spotkanie. Inne niż wszystkie. Niespodziewane. Kłopotliwe. Pozwalające na nowo zdefiniować całe twoje życie. Jak to możliwe, że po tym wszystkim znów oddychasz? Że uśmiech przykleja się do twoich ust na święte zawsze? Że odpływasz o wiele bardziej niż wypadałoby komuś z literką F. w imieniu? A no tak to! Bo ty już to wiesz. Po raz enty zrobisz z siebie głupka. Większego niż kiedykolwiek.

/

Zdeptane serce. Urażona męska duma. Rozdrapywanie ran. Banały? Oczywiście. Jednakowoż... wystarczająco przekonywujące, byś zechciał opuścić miasto. Z ciężkim bagażem doświadczeń, kilkoma kilogramami sentymentu i trudnym do poskromienia balastem w postaci złości.
Przepakowana torba ciąży ci na ramieniu, myśli błądzą nie tam, gdzie byś sobie tego życzył, usta mimowolnie wykrzywiają się w nieprzyjemnym grymasie. Wszystko w tobie buzuje. Widmo wydarzeń sprzed miesiąca niczym mgła spowija ci wzrok. Pochłania twoją uwagę. Ogranicza trzeźwość myślenia.
I wtedy...
Świat znów ci to robi.
Staje w miejscu.
/

Ona. Delikatnie zaciśnięte usta. Długie, ciemne pasma kaskadami spływające po ramionach. Dołeczki w policzkach. Umykasz wzrokiem w bok. Serce podchodzi ci aż do gardła. Jasny szlag... to jest niczym uderzenie pioruna. Przed oczami znów staje ci ten dzień. Kawiarnia. Ona jedna, ich dwóch. Taka krucha, taka wystraszona, istny kłębek nerwów. Biedactwo. Byłeś tam. Zwęszyłeś okazję. Winny? Bardzo. Wkupienie się w łaski blondynki było dosłownie na wyciągnięcie ręki. Grzechem było nie skorzystać. I skorzystałeś, a jakże. Ochroniłeś  przed potworem, zostałeś bohaterem, wkupiłeś się w łaski. Pytanie tylko w czyje? Bo na pewno nie tej, której zamierzałeś.

/

Podnosi wzrok. Napotyka czekoladowe, błyszczące tęczówki i nieobecny półuśmieszek. Przenosi go niżej. Dałby się pokroić. Za te drobne dłonie pospiesznie próbujące zgarnąć z chodnika wszystko, co tylko się da. Za możliwość muśnięcia choćby kawałka tej ciepłej skóry. Za to coś, czego nie czuł od bardzo, bardzo dawna.
To musi być przeznaczenie.
Przeszywa do dreszcz, kiedy na wpół świadomie wyciąga rękę w stronę jej policzka. Te dołeczki... Przeszywa drugi, kiedy pod wpływem nagłego kontaktu, ona niczym zbudzona z głębokiego snu, wypuszcza z rąk torebkę, a potem zrywa się jak oparzona.
To jest przeznaczenie.
Stoją na dwóch krańcach chodnika, milczą, nie mogąc oderwać od siebie wzroku. Malujące się na jej buzi ono nie zwiastuje niczego obiecującego. Uśmiech znikł bez śladu. Zastąpił go wymowny rumieniec i może jeszcze to... niezadowolenie. Jaka szkoda! A już zdążył go polubić. Dziś, jak nic innego, mógłby rozświetlić mu ten sądny dzień.
Może jeszcze nie wszystko stracone?
Lewy kącik ust brunetki zaczyna lekko drżeć, prawy wcale nie czeka na zachętę. Frank Drew jest stracony. O tak, to chyba najsłodszy uśmiech, jaki kiedykolwiek przyszło mu podziwiać
—  Serio, Frank? Niech cię diabli porwą! Zrób tak raz jeszcze, a stracisz palce.
Ten głosik. Ta zadziorność. Te oczy.
Drew łapie się na tym, że swojego imienia w jej ustach mógłby słuchać i słuchać. Do (nie) znudzenia. Uśmiecha się do swoich wariackich myśli, których na (nie) szczęście świadom jest tylko on. Idiota. Z głupawym i burkliwym przepraszam schyla się i zaczyna zbierać jej rzeczy. Czuje zapach wanilii, czystości i... CK One. Nietrudno zgadnąć, gdzie spędziła minioną noc. Nietrudno zgadnąć, gdzie spędzi kolejną. Jest (niemal) zdegustowany. Nie zgrywa obojętnego, kiedy wstaje, oddaje w jej ręce torebkę, a ona odpowiada mu pełnym wdzięczności uśmiechem. Rozczarowanie podstępem wślizguje mu się za kołnierz i łapie za gardło. Kiedy to... właśnie ona stała się jego najczulszym punktem? Chyba nie w ciągu ostatnich mikrosekund? Dlaczego ma ochotę niszczyć, psuć, rzucać? Cokolwiek i czymkolwiek. I to wszystko dla niej, głupcze? Rozsądniej jest się napuszyć, arogancko wcisnąć palce w kieszenie jeansów i obwieścić jej coś, o co wcale nie prosiła:
—  Wyjeżdżam stąd! Mam serdecznie dość tego deszczowego miasta, głupiutkich dziewcząt i kiepsko płatnej pracy. Co ja sobie myślałem? To nie miejsce dla mnie. Ja... pragnę od życia czegoś więcej. Zasługuję na więcej. Świat przecież nie kręci się wokół stukniętej Chloe Moritz.

/


Przewidywalna. To chyba najlepsze określenie. Bo Nina, jak to Nina, uosobienie anielskości, zerka na niego współczująco, a potem splata ręce na piersiach. Biedactwo. Zaraz spłonie ze wstydu. Bóg jeden raczy wiedzieć, czy z powodu tych okropności nawyczynianych przez Chloe, czy może raczej Oliviera, który równie ochoczo maczał w tym wszystkim palce.
—  Wiem, że nie powinnam tego mówić, bo Chloe jest najlepszą przyjaciółką na świecie, ale... wstyd mi. Z powodu Chloe. Z powodu mojego brata. Tego jak cię potraktowali. To nie powinno się wydarzyć, Frank. Nie w taki sposób...
Powiedziała to. Rzeczony zdobywa się na lekceważące machnięcie ręką. I choć niesamowicie pali go z ciekawości, co takiego panna Moritz naopowiadała jej na jego temat, on jeden wie, ile nerwów kosztuje go dziś rozwodzenie się nad swoją niewierną ex. Czy zatem nie lepiej byłoby zbagatelizować cały ten żenujący wycinek przeszłości i skupić się na tym, co niesie przyszłość?
Istotnie.
— O, ależ zupełnie niepotrzebnie, Nino! Nie zawracaj sobie tym swojej ślicznej główki. Najwyraźniej Chloe i ja nie byliśmy sobie pisani. Oboje wiemy, że twoja przyjaciółka zdanie zmienia równie szybko, co mężczyzn. Nie to, co ty.
Auć! I co to niby miało być? Komplement czy strzał w stopę? Potraktowałeś ją niczym łasą na komplementy idiotkę, Drew. Frank natychmiast gryzie się w język. O wieki za późno. A teraz sowicie za to zapłacisz.
Czerwona poświata na policzku, niecierpliwe bawienie się jednym z kosmyków, nerwowe przestępowanie z nogi na nogę. Spodobało jej się? Czy może raczej zachodzi w głowę, co też on wygaduje? Innymi słowy, po raz enty zakłada maskę męczennicy i analizuje swoją barwną przeszłość? Z niesmakiem przypomina sobie jak to było kochać dwóch mężczyzn naraz? Bawić się w kotka i myszkę? Oszukiwać siebie i swoich dwóch chłopców?
Słodka Nina wysyła sprzeczne sygnały. Wygląda jakby zaraz miała zemdleć. Dałby sobie rękę uciąć, że ktoś tutaj właśnie zmienił front... I Frank, jak to Frank, ten sam, który poprzysiągł sobie nigdy więcej nie rozpływać się nad żadną z kobiet, znów robi z siebie głupca. I to dla kogo? Dla niej. Dla dziewczyny, która nie widzi w nim tego, co on widzi w niej. Dla dziewczyny, która z pewnością mierzy o wiele wyżej, ale chwilowo utknęła w łóżku Levine'a. Dla dziewczyny, która być może nigdy nie zdobędzie się na to, żeby go zostawić. Ta dwójka jest sobie pisana. I równie mocno skazana na siebie, co Frank Drew na swoją ulubienicę, samotność.
—  Nie wygaduj bzdur! Nikt nie jest idealny, a już na pewno nie ja. Jestem ostatnią osobą, której powinieneś coś takiego mówić.
Tak jak myślał. Nie ma to jak porządny prztyczek w nos. Lodowaty wzrok. Mocno splecione palce. Nie dość, że skromna, to jeszcze harda. Staje się śmielszy. Igranie z ogniem to przecież jego specjalność. Nie bez przyczyny z ust wyrywa mu się ciche westchnięcie doprawione szarmanckim:
—  Dla mnie... jesteś idealna. Zawsze byłaś.
No i jak tam, Nino? Wstrząśnięta? Poruszona? Zdumiona? Jakaś na pewno. Dlaczego więc dalej się w to bawisz? Obojętnie wzruszasz ramionami? Z całych sił zagryzasz usta? Chcąc nie chcąc reflektujesz się i przywołujesz na usta ten sam pełen słodyczy, choć mocno wymuszony, uśmiech?
—  Mówisz zupełnie jak Adrien.
Znowu on.
Zawsze on.
Ta gra robi się coraz ciekawsza. Dziwaczna. Dwuznaczna. Nęcąca. Mimowolnie zerka na zegarek. Spóźni się. No i co z tego? Przecież już się spóźnił. Może warto cierpliwie zaczekać? Na nowy życiowy cel. Na odrobinkę szczęścia. Na nią. Drew odwzajemnia się tyleż szerokim, co kpiącym grymasem.
—  Więc obaj mamy wyśmienity gust.

/

Frank Drew cały jest kpiną. Straceńcem pośród straconych. Kocha i nienawidzi. Miota się pomiędzy zobojętnieniem, a tym czymś, co trzyma go za gardło i nie chce puścić odkąd ją zobaczył. Niepokoi go odkrycie, że Moritz mogła być tylko nagrodą pocieszenia po Ninie, tej samej, której on nigdy nie dostanie. Że być może był z nią po to, aby znajdować się bliżej panny Welch. Że, kiedy miesiąc temu zabłądził z różą w ręku pod domem blondynki, wcale nie z przekory, a całym sercem pragnął widzieć Ninę. To niczym uderzenie obuchem w głowę. 
Jezu
Wyimaginowanym machnięciem palców odgania ostatni przebłysk trzeźwości. Jasna sprawa, lepiej jest być ślepcem. Chwytać się nieistniejącego. Głupieć. Z całych sił, jakby chcąc zaprzeczyć każdej możliwej prawdzie na tym świecie, nie dopuszczając zdumionej dziewczyny do głosu, cedzi przez zęby kolejną część swojego monologu:
—  Nowy York już na mnie czeka. A wraz z nim ta przeklęta monotonia, którą porzuciłem poprzednim razem. Wiesz co? Całe moje życie nią było, ale później trafiłem tutaj, do tego okropnego miasta. Ono zmieniło... wszystko. Nie mogłem...
Et cetera, et cetera... Ocean przekory, pretensji i żalu. Nietrudno utonąć. Nieszczęsna Nina. Że też przyszło jej tego słuchać! Z niedowierzaniem wypisanym na twarzy, zmarszczonym czołem i (nie)uwagą, której mogłaby sobie pogratulować. Lecz, nawet jeśli czuje się znudzona, albo zażenowana, nie nadaje po sobie tego poznać. Ba! Wcale nie najgorzej wychodzi jej całe to udawanie. Frank Drew to nie Adrien Levine, który zna ją lepiej od niej samej i wyczuwa fałsz na kilometr. Tu może improwizować. 
I choć posiada dla Franka dużo sympatii i współczucia, myślami woli być gdzieś indziej. Woli marzyć o... Wieczornych spacerach. Pocałunkach w deszczu. Upojnych nocach. Uśmiecha się leciutko i zaczyna bawić pierścionkiem. Niech cię, Adrien! Dlaczego znów mi to robisz? I wtedy coś przywołuje ją do porządku. Znaczące chrząkniecie. W ostatniej chwili powstrzymuje się przed wywróceniem oczami. Zamiast tego, jak przystało na nowo odkrytą samarytankę, nieświadomie obdarza Franka nieprzeznaczonym dla niego uśmiechem, a potem zmusza usta do mówienia:
—  Więc może wcale nie jest tu tak okropnie? Spójrz na to z innej strony: jesteś wolny, cały świat stoi przed tobą otworem. Wystarczy tylko po niego sięgnąć i... przestać biadolić.
Pod wpływem miłych, acz odrobinę zjadliwych, słów robi mu się cieplej na sercu. Ta dziewczyna ma charakter i, co ważne, rozumie go lepiej niż ktokolwiek inny. Natychmiast wraca mu lepszy humor. Uśmiecha się do niej najszerzej jak tylko potrafi.
—  Pożyczysz mi trochę tego swojego optymizmu?
Welch wzrusza ramionami.
—  Jest twój... O której masz pociąg?
Kłamanie przychodzi mu z niesamowitą łatwością.
—  Za jakieś pół godziny.
— Wiesz, nigdy nie miałam okazji ci podziękować za to, co dla mnie zrobiłeś wtedy, w kawiarni. Uratowałeś mnie.
Czemu ja to powiedziałam? Żeby zagłuszyć wyrzuty sumienia? Poświęcić mu minimum uwagi? Pocieszyć?
Błąd goni błąd.
—  Było warto, naprawdę. I gdybym tylko miał ku temu okazję, zrobiłbym to znów.
Zabrzmiało dwuznacznie. Absolutnie nie tak jak powinno. Lekkomyślny błazen. Psucie to jego specjalność. Widzi to w jej oczach. W sposobie, w jaki na niego patrzy. W rezerwie, jaką ni stąd ni zowąd narzuciła. Jeszcze chwila i ucieknie.
Wspaniale.
— Jeszcze raz dziękuję i... powodzenia. Mam nadzieję, że znajdziesz to, czego szukasz. Ja znalazłam.
Już znalazłem.
Kiedy Nina obdarza go kolejnym wymuszonym uśmiechem i w pożegnalnym geście muska jego ramię, on wykorzystuje okazję, żeby przytrzymać ją za rękę, bezceremonialnie przylgnąć do jej pleców i wyszeptać na ucho:
—  Szkoda, że nie mieliśmy okazji lepiej się poznać... Polubiłabyś mnie, Nino.
Z wrażenia przygryza sobie dolną wargę. Czy on...? Nie, co za absurd! Ale te oczy... granatowe, rozgwieżdżone, wpatrzone w nią niczym w obrazek. Od rana starające się wykrzesać z niej wszystko, czego ona w sobie nie ma, a przynajmniej nie dla niego. 
Chloe to tylko przykrywka. 
Frank kompletnie się pogubił. 
Jego oddech na szyi, bijące od niego ciepło, które nieproszone wdziera w jej ciało, palce ślizgające się po dłoni. Wszystko to sprawia, że przeszywa ją przyjemny dreszcz. Zbyt mocno przywodzi na myśl ubiegłą noc. 
I lada moment ja też to zrobię.
Odwraca się oszołomiona. Czy to się dzieje naprawdę? Kiedy zdążył uczynić to wszystko? Odłożyć torbę? Zacisnąć dłonie na jej biodrach? Zbliżyć usta do jej warg? Zastawić pułapkę? Nie potrzeba wiele. Zaledwie milimetrów. Wystarczy tylko stanąć na palcach i... pogubić się. 

***

Do następnego... taką mam nadzieję!

1 komentarz:

  1. Postanowiłam, że w sierpniu, na wakacyjnych wojażach przeczytam jeszcze raz Twoją historię i może popiszę coś u siebie. Odnośnie tego drugiego nie wiem, ale pierwsze założenie już zaczęłam realizować.
    Maruśka (ta od Travisa i Kairy, bo chyba nikt już nie pamięta;))

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za komentarz!

© Agata dla WioskaSzablonów | Technologia blogger. | Freepik FlatIcon