into dust, n #66


Tego ranka wskazówki zegara jeszcze nie raz staną w miejscu. Zdążą minąć miliony lat świetlnych nim rozbryzgująca się na boki kawa zabrudzi wszystko wokół. Nim stare, szklane drzwi wydadzą z siebie przeciągły, złowróżbny jęk. Drugie tyle, nim na ustach pewnej brunetki zadrży wszystkowiedzący, przedwczesny uśmieszek. I, wreszcie, nim do trojga zainteresowanych dotrze oczywista, choć słodko-gorzka prawda. Życie bywa przewrotne, ale czy można je za to winić? To przeklęte, deszczowe miasto nigdy przecież nie słynęło z dochowywania tajemnic!

/

Skruszone mury. Wspaniałe możliwości. Bajeczne początki. I one. Dźwięk dzwoneczka, który zwiastuje towarzystwo. Stukot obcasów. Echo odbijającego się od posadzki plastikowego kubka z kawą. Nachalność dźwięków, potrzeba jutra, malutka iskra, ta sama, która sprawie, że odskakują od siebie niczym porażeni prądem.
Dziewczyna o czekoladowym spojrzeniu miewa tylko dobre wejścia. Nie mniej efektowne niż wyjścia. Na nic zgrzytanie zębami. Na nic kwaśne miny. Na nic cisnące się na usta przekleństwa. Tego ranka są na widelcu. I bez żadnych ale nie będzie to smaczne danie.
Wyrok może być tylko jeden. Bezwzględny. Jednostronny. Przeszywający niczym nóż. Winna. I w gorącej wodzie kąpana. Nie to, co on. Olivier Welch zachowuje kamienną twarz aż do samego końca. Nawet wtedy, kiedy dociera do niego, że wpadł niczym śliwka w kompot, a obojętna mina tej, która nigdy nie miała oglądać ich razem, zaczyna przyprawiać go o gęsią skórkę. Myślami sięga do dnia, w którym Nina Welch, alias troskliwa starsza siostra, wpakowała się ze szpilkami w jego paskudnie dekadencie, odrobinę adrienowe życie i puściła je z dymem.
Ach, cóż to były za czasy!

/

Kątem oka zerka na swą nową, niewydarzoną dziewczynę. Cwana bestia. Zaplanowała sobie ten poranek od A do Z. Zdradza ją każdy detal. Ogniki wesoło igrające w lazurowych tęczówkach. Zadziornie zagryziona dolna warga. No i ta mina... mina winowajcy. Mówiąca ani mniej, ani więcej niż stare dobre: ups. Brak skruchy zabija uczucia podstępnie i bardzo powoli. Ponoć. Lecz nie te. Moja nowa, niewydarzona dziewczyna... Ściąga brwi. O. Jak to w ogóle brzmi? Jak dziwacznie! Jak zabawnie! Jak... słodko. Tylko czy aby nie nazbyt... obco? Olivier Welch i Chloe Moritz?
Halo... jest tam to?
Kubeł zimnej wody pilnie poszykowany.
Niewątpliwie na wczoraj.

/

Co strzeliło mu do głowy, żeby zadać się z Chloe Moritz? Pragnienie chronienia tej kruchej istotki za wszelką cenę? Kilka gramów zaangażowania? Tona fascynacji? Uśmiecha się do swoich myśli. To i o wiele, wiele więcej. Nie od dziś wiadomo, że pociąg do kłopotów to rodzinna cecha Welchów. I on nie jest w tym względzie wyjątkiem. Ta historia właśnie zatoczyła koło, ale czy mogła zakończyć się inaczej?
Nie, naturalnie, że nie mogła.

/

Dwa tygodnie deszczowego, rozwiewającego włosy na wietrze, kwietnia. Góra dwa tygodnie... Aż dwa tygodnie. Przepis na cudowną katastrofę. Ewentualnie najbardziej pokręcony i nieprzewidywalny okres w życiu młodego Oliviera Welcha. Robienie tego jak należy. Leżenie z nią na masce pożyczonego od Adriena samochodu i liczenie gwiazd. Tańczenie do upadłego przy dźwiękach The 1975. Obściskiwanie się w ostatnim rzędzie sali kinowej. A dziś? Stawianie czoła szarej rzeczywistości. Tej samej, która lada chwila zdepcze ich małe, kruche niebo. Rzeczywistości imieniem Nina.
Olivier z całych sił zaciska zbielałe usta. Niepokorna, równie szalona co sama Chloe, część jego podświadomości zaczyna jej kibicować. Błaga o ratunek przed Chloe Moritz. No dalej, siostrzyczko. Nie stój tak. Nie do twarzy ci z nową tobą. Zrzuć maskę tej wielkodusznej... Ocal mnie od złego.
Nie odrywając wzroku od blondynki muska jej policzek. Nie, żeby był jakoś szczególnie sentymentalny, ale dziś od czubka głowy aż po same koniuszki palców przepełnia go zawód. Czuje się tak, jakby robił coś niedozwolonego. Bo ziemia zaraz osunie mu się spod nóg, a on sam dotyka jej po raz ostatni. I nie, wcale nie jest w tym względzie odosobniony. Błysk w oczach tej na Ch. zdradza więcej niż wszystko. Ona naprawdę w nią uwierzyła i postawiła wszystko na jedną kartę. Czy można ją za to winić? Oddychająca pełną piersią, trochę szalona Nina była szczytem jej marzeń. Uosabiała tę odrobinkę normalności, której każde z nich łaknęło niczym powietrza. I kto wie, czy Chloe nie zachłysnęła się nową Niną dużo bardziej niż ona sama?
Olivier filuternie mrużąc oczy uśmiecha się do Moritz. On również uwierzył w tę małą-wielką przemianę. Ale... ludzie się nie zmieniają. Zwłaszcza ci pokroju panny Welch. To prawda stara jak świat. Przez twarz blondyna przemyka cień. I dobrze. Nigdy nie lubił niespodzianek, a nowa odsłona siostry, cóż, była nią i zamiast napawać optymizmem, uwierała niczym kamyk w bucie. Tylko skąd to nagłe, niczym nieumotywowane ukłucie żalu? Przecież zawsze wolał tę sztywniarę. Bezpieczną. Zamkniętą w sobie. Bez grama ikry.
Kim więc jest ta tutaj?
Wciąż nie wie.
Po karku przemyka mu nieprzyjemny dreszcz. Wzdryga się. Kiedy atmosfera zdążyła tak zgęstnieć? Kiedy nad ich głowami zawisły gradowe chmury? Kiedy cisza przed burzą stała się czymś znacznie poważniejszym niż tylko słownym frazesem?
Dlaczego ona milczy? Czyżby napawała się ich konsternacją? Rozpaczała nad mlekiem, które już dawno się rozlało? Dlaczego tam stoi? Taka wyprostowana, taka niewzruszona, taka... znudzona?
Znudzona?
Wolno, niczym robot odwraca głowę w stronę drzwi. Nieodgadniona mina. Wysoko zadarta głowa. Palce splecione niczym do modlitwy.
Jasny gwint... czy ktokolwiek wyjdzie stąd żywy? Nadciąga mały armageddon. I choć Olivier Welch doskonale o tym wie, ba, wie cała trójka, dużo ciaśniej niż dotychczas splata palce Moritz ze swoimi. A potem robi: to. Zmusza się do posłania Ninie najbardziej krnąbrnego spojrzenia, na jakie tylko go stać. Dokładnie tak, jak przystało na nieposłusznego, młodszego brata. Powinna wiedzieć. Że nie odda tego walkowerem. Że nie jest to chwilowa zachcianka. Że będzie walczył. Za Chloe. Za siebie. Za nich dwoje. Z całych sił. Dzielnie. I do ostatniej kropli krwi.

/


To coś jak czeski film. Komedia pomyłek. Zabawa w kotka i myszkę. Nic nie jest naprawdę. Każdy coś udaje. I to właśnie wtedy. Akurat, gdy los postanawia zakpić sobie właśnie z niego. Powinien przywyknąć. Powinien, ale... nie zrobi tego. Nie, kiedy znów traci rachubę. Nie, kiedy nemesis z niezbadaną miną pokonuje całą długość sali, po to, aby ostatecznie stanąć naprzeciw nich. Nie, kiedy Chloe w geście bezsilności opuszcza ramiona, a Nina zamiast zrobić cokolwiek, w nieskończoność otaksowuje ją ciekawskim spojrzeniem.
Wygląda na uradowaną. Jak nic zdążyła już uznać, że tych dwoje bawi się kosztem całego świata. Chloe Moritz i Olivier Welch. Razem? A cóż to za kuriozum? Jeszcze chwila, jeszcze moment, a ten ostatni zostanie jasnowidzem i zamieszka w jej głowie. Złość uderza w niego ze zdwojoną siłą. Gra na nerwach, zaciska żołądek w supeł, jest kulą u nogi. Palce same zaciskają mu się w pięści. Nikt nie będzie ich oceniał. Nie ona. Osóbka, która nawet tego ranka nie ma pojęcia, co jest dla niej dobre.
Stara Nina. Pośrednia Nina. Nowa Nina. Która odsłona zawitała dziś do kawiarni? Olivier groźnie ściąga brwi, puszcza dłoń delikatnie uśmiechniętej blondynki i udając, że nie widzi jej zdumienia rozpościera ramiona na barze.
Czy kiedyś zdoła poznać tę prawdziwą?
Odpowiedź może być tylko jedna.
I pewnie dlatego z kpiącym błyskiem w oku śledzi poczynania siostry. Jest przygotowany na każdą ewentualność. Ostry niczym brzytwa, zafiksowany na jednym temacie, nieco paranoiczny. Tylko krok dzieli go od wybuchu. Nie to, co łatwowierną Chloe. Blondynka, jak to ona, zachowuje się na miarę swego mało komfortowego położenia. On zaś nie wierzy własnym oczom. Choć może akurat powinien uwierzyć. Chloe Moritz nigdy nie była z tych, co łatwo się poddają. Raczej z tych, którzy, jeśli tylko zechcą potrafią przenosić mury. I nigdy nie odpuszczają. Jakby na potwierdzenie tego rozplata ciasno splecione ramiona. Kokieteryjnie odrzuca kilka niesfornych, przydługich kosmyków do tyłu. Lewy kącik jej umalowanych na wściekły róż ust lekko drży. Z trudem powstrzymuje się przed odwzajemnieniem uśmiechu brunetki.
Ale cóż... czeka.
Czy ta dziewczyna nigdy niczego się nie nauczy? Skąd ta komitywa? To rani mocniej niż nóż. Czuje się, jakby właśnie dostał w twarz. Podwójnie zdradzony. Miało być przedstawienie, porządna burza z piorunami, a jest co... pieprzona sielanka?
Minuty dławiące niczym godziny. Relacje, który nigdy nie powinny zostać zawiązane. Osobliwe sojusze. Ulga na którą, po prawdzie, zasłużyło sobie tylko jedno z nich.
Cudownie deprymujące. 

/ 
 — O, rany... tak się cieszę! 
Podekscytowany ton. Spojrzenie z ukosa, od którego mimo woli robi mu się cieplej na sercu. Spontaniczny uścisk. I proszę. Szczęka Oliviera opada niemal do samej podłogi. Czy to właśnie tak miało wyglądać? Stop. Wystarczy chwila, pobłażliwy uśmieszek Niny, by blondyn zamienił się w bryłę lodu. 
Jak oparzony odkleja się od baru. Nie bardzo wie, gdzie podziać wzrok. Z braku laku wbija go więc w buty. Tak jest bezpieczniej. Krok w prawo, krok w lewo. Nawet nie stara się zapanować nad swoją nędzną koordynacją ruchową. Plączą mu się nogi. Policzki oblewa rumieniec. Być może znalazłaby się ktoś, to uznałby to za urocze, ale niech to diabli porwą, dla niego, Oliviera Welcha, jest to absolutny koniec świata!

/

 Nie był przygotowany. Nikt by nie był. Nie do końca świadom swoich poczynań odpycha się od baru, wsuwa dłonie do kieszeni jeansów i wolno rusza przed siebie. Nad wyraz pewnie. Nie słyszy karcącego głosu Niny, umyka mu pełne rozczarowania spojrzenie Chloe, cały świat wiruje mu przed oczami. Musi to zrobić. Czym prędzej. Znaleźć się najdalej. Od tego zamętu. Zawalczyć z burdelem w swojej głowie. Uwolnić się.
Krew wolno odpływa mu z twarzy. Jak w transie przechodzi przez kałużę z kawy i wychodzi na zewnątrz. Doskonale wie, co robi. Łamie jej serce. Ale musi. Bo to ostatni moment, innego nie będzie. Żeby odetchnąć pełną piersią. Stłumić cały wstyd. Ostudzić emocje. Odciąć się od całego tego bałaganu. Obudzić się. Puścić biegiem... i nigdy więcej nie musieć oglądać pewnej stukniętej blondynki.
Co z tego, że wcześniej wymogła na nim dyskrecję? Że nadstawiał za nią karku przed Frankiem? Że zmarnował na nią calutkie dwa tygodnie swojego życia? Gówno. I tak go wrobiła. Widać... blondynki tak już mają. 
Bo te dwa tygodnie... one przecież wcale się nie wydarzyły.

3 komentarze:

  1. Odpowiedzi
    1. Chyba innego wyjścia nie mam... ;)
      Witaj! :*

      Usuń
    2. Wybacz, że nie będzie dziś porządnego komentarza dotyczącego treści, ale przybywam z błędami. Te przerwy w publikowaniu zdecydowanie mi nie służą, i chyba gdzieś mi umykają jakieś szczegóły, przez co ten rozdział być dla mnie deczko niezrozumiały :(

      (…) malutka iskra, ta sama, która sprawie, że odskakują od siebie niczym porażeni prądem – „sprawia”.

      (…) wpakowała się ze szpilkami w jego paskudnie dekadencie, odrobinę adrienowe życie i puściła je z dymem – „dekadenckie”.

      Kubeł zimnej wody pilnie poszykowany – „poszukiwany”?

      Nadciąga mały armageddon – „Armageddon”.

      (…) i nigdy więcej nie musieć oglądać pewnej stukniętejblondynki – „stukniętej blondynki” – zjadło Ci spację.

      Pozdrawiam gorąco,
      maxie

      Usuń

Dziękuję za komentarz!

© Agata dla WioskaSzablonów | Technologia blogger. | Freepik FlatIcon