into dust, n #65


Dzisiaj może być inne. Wolne od trosk. Odbierające oddech. Stracone dla każdego poza nią. Dzisiaj będzie inne. Jej własne. (Nie) wyczekiwane. Nowe. Po prostu wspaniałe. Dzisiaj już jest inne. Nowe życie czai się tuż za rogiem. Nie marnuje czasu na rozterki. Nie brudzi niczyich rąk. Kusi.
Najbardziej ją.
Otwiera oczy. Bierze pierwszy nieśmiały oddech. Czy tym właśnie jest wolność? Możliwością decydowania o własnym losie? Nie oglądaniem się wstecz? Szczęściem...? Przekręca się na drugi bok. Zmierzwione włosy, spokojny sen, łagodnie zarysowana linia szczęki. Ależ tak. Z uśmiechem wyciąga dłoń i przesuwa po niej końcami palców. Jest tutaj. W Londynie. W tej małej, ciasnej kawalerce. W naj(nie)właściwszym miejscu dla kogoś jej pokroju. Z nim. I co? Śni najwspanialszy sen swojego życia.
Opiera podbródek na palcach. Stara, dobra Nina jest martwa. Dzisiejsza bezczelnie okrada życie z momentów. Oddycha emocjami. Spala się. Wierzy, że cały świat należy do niej. Bierze przykład z małej Julie. Bo już nigdy więcej nie musi niczego żałować. Bo reputacja to ostatnia rzecz, o którą dba tego ranka. Bo... nieskończoność to przecież nieprzyzwoicie wiele czasu, prawda?
Ostatni rzut oka na spokojną twarz, ostatni nierozważny uśmieszek, ostatni guzik. Bez pośpiechu zsuwa z ramion białą, luźną koszulę. Wstając poprawia cienkie ramiączko. Schyla się i podnosi z podłogi sukienkę. Omiata wzrokiem pomieszczenie. Tonące w bazgrołach biurko. Czarny Gibson podpierający ścianę. Do połowy opróżniona butelka czerwonego wina. Uśmiecha się leciutko. Zrobi to. Ten jeden raz weźmie z niego przykład. Zaskoczy go. Odrobinę egoistycznie. Bardzo po angielsku. Zniknie. I będzie miała ku temu diabelnie dobry powód.  
Jednym ruchem rozprawia się z suwakiem. Przymyka oko na kiełkujące w niej poczucie winy. Nie spóźni się. Ba! Przyjdzie wcześniej. Udowodni, że Adrien Levine nie pozbawił jej i tego. Asertywności. Zdrowego rozsądku. Niny w Ninie. Już w tym jej głowa. Zadowolona z siebie prostuje ramiona, muska palcami niesforne kosmyki, przygładza poły sukienki.
Jest gotowa.
Nigdy nie mów nigdy, panno Welch.
—  Wymykasz się.
Delikatna chrypa. Zaczepny ton. Bezmiar bezczelności. Przeciągłe westchnięcie. Jak nic wyraz zniecierpliwienia. Szelest tektury. Czyżby postanowił sięgnąć po pierwszego tego ranka papierosa? I ona. Należąca wyłącznie do niej. Obawa. Przed tym, że nie będzie z niej zadowolony. Że potraktuje tak, jak niegdyś zwykł traktować każdą z tamtych. Że nowa Nina Welch w końcu przeciągnie strunę.
Uśmiech zastyga na jej ustach. Zagryza dolną wargę i skromnie spuszcza wzrok. Na tę jedną, króciutką chwilę dawna Nina daje o sobie znać. To nic. Nudziara szybko zostaje uciszona przez tę nową i ni to na znak protestu, ni to niezdecydowania, unosi jedno z ramion. Nie mogąc uwierzyć, jak łatwo dała się przyłapać, wykonuje delikatny obrót, a potem, na widok uroczo zaspanego Adriena, opiera dłonie na biodrach i wymownie zerka na niego spod długich rzęs.
Miałam dobrego nauczyciela.
Półuśmieszek, lekko zmrużone oczy i błysk, który zwykła oglądać każdego ranka.
Tę bitwę niesamowicie łatwo przegrać.
Wracaj do łóżka.
Pod wpływem tego władczego tonu jej serce niebezpiecznie przyspiesza. Tylko spokój może cię uratować, Welch. W rzeczy samej. Ale jakim sposobem, kiedy on zamiast tracić czas na subtelności, w najlepsze rozbiera cię wzrokiem? Patrząc mu prosto w oczy dumnie unosi brodę. To nic... Jedno wielkie nic! Starając się unormować oddech rzuca z nie mniej śmiertelnym przekonaniem, co przejęciem: 
—  Nie.
—  Nie? 
Cierpliwość nigdy nie było jego mocną stroną. Dziś też nią nie jest. Nina przekonuje się o tym na własnej skórze, gdy on staje tuż przed nią. Na wpół nagi, owinięty jedynie w prześcieradło, o nic nie proszący. Lekko otwiera usta. Nie ma w tym ani grama onieśmielenia, jest coś innego, pewność. Tego, że jeszcze chwila, a poprosi go, żeby raz na zawsze rozprawił z tą dopiero co odkrytą asertywnością. Zamknął usta pocałunkiem, wybawił od spotkania z przyjaciółką i znów... pozbawił ubrań. Zapowietrza się. Nie, przecież tak nie można! Chloe mnie potrzebuje... Dosłownie w ostatnim momencie boleśnie gryzie się w język. Musi istnieć jakieś inne życie, takie, które czasami wymyka się poza granice tego mieszkania, prawda?
Najwyższy czas zatroszczyć się o innych. Zostać przyjaciółką roku, przykładną siostrą i Bóg jeden wie, kim tam jeszcze. Zrobić to. Postawić swoje istnienie do pionu. Choć intuicja podpowiada jej, że postępuje właściwie, pewność siebie i tak ulatuje niczym kamfora. Chloe. Chloe. Chloe. Dziś to ona jest priorytetem. W myśl tego, udając, że nie wyczuwa, co mu chodzi po głowie, surowo ściąga brwi i ucieka wzrokiem w bok. Wszystko na nic. Palce muskające nadgarstek, mina pokerzysty, prychnięcie. No i on. Wisienka na torcie. Ten przeklęty świat, który znów stanął w miejscu. 
—  Jestem umówiona.
—  Kim jest ten szczęściarz? 
Krótkie blond włosy, niewyparzony język, uśmiech jak milion dolarów...
—  Nie każ jej czekać. 
Wbija w niego roziskrzone spojrzenie. Tak po prostu? Czyżby go nie doceniała? Kiedy on bez słowa ją wymija, ona porzuca je na rzecz wymuszonego półuśmiechu. Nie wie, czy więcej w nim wdzięczności, czy rozczarowania. 
—  Dziękuję. 
Brunet zastyga z koszulą w dłoni.
Nie ukrywa konsternacji. 
—  A niby co ja takiego zrobiłem? 
Welch splatając palce na piersiach, zerka na niego tajemniczo. 
—  Dobrze wiesz.
Adrien na pozór obojętnie wzrusza ramionami. 
—  Myślałem, że jesteś tutaj z własnej woli.
Marny uśmieszek zamienia się w szeroki uśmiech. Umiejętności aktorskie idą z dymem. Już od dawna nie potrafi niczego przed nim ukryć. 
—  Zawsze. 
Świst wypuszczanego powietrza, lewy kącik, który bardzo chciałby zawędrować w górę, słabość, której nie powinny oglądać jej oczy. Jedno słówko, milion emocji. Mile zaskoczony powściąga uśmiech, szerzej uchyla drzwi szafy i jak gdyby nigdy nic wraca do przeglądania ubrań. 
—  Pozdrów Chloe. 
Nina odruchowo przytakuje. Myślami jest jednak zupełnie gdzie indziej. Wprost nie może oderwać wzroku. Od silnych barków. Od wąskich bioder. Od kształtów rysujących się pod prześcieradłem. Z miną niewiniątka wzrusza ramionami. Być może postradała zmysły, ale... hej, czy jest tu ktoś, kto jej tego zabroni? No właśnie. Bo może to nie prawda? Bo może jego ciało wcale nie jest dziełem sztuki? Bo może on doskonale o tym nie wie? Bo może ani trochę się z tym nie obnosi? Nawet teraz, kiedy nie zadaje sobie ani krzty trudu, żeby zakryć to i owo? Nina Welch powinna być zakłopotana, stłamszona i oburzona. Powinna ale... tamtej dawno już nie ma. 
I dobrze.
Żartujesz sobie? Sam to zrobisz.

/

Oparty o lustro Levine od dawna śledzi w nim jej odbicie. Nie umyka mu namolne zainteresowanie, wzrok klejący się do każdej części jego ciała, ten odrobinę lekkomyślny ton. Nina Welch pożera go wzrokiem, a on... toczy ze sobą nierówną walkę o lojalność względem Chloe. Z góry skazaną na porażkę? Adrien mocniej przyciska czoło do zimnego lutra. To działa na niego niezwykle (de)motywująco. Bo, no cóż, pomimo całego swego uwielbienia dla tej dziewczyny, tym razem nawet nie spróbuje wstrzelić się w jej oczekiwania. Zrobi to. Puści w niepamięć upajającą wanilię, bliskość, którą zwykli dzielić i tej nocy, oraz je - zaufanie, na które wreszcie, zdaje się, zasłużył. Dlatego, chcąc, abo raczej bardzo nie chcąc, ucina krótko: 
—  Nie sądzę. 
Ona przymruża oczy.
Dałaby głowę, że się przesłyszała. 
—  Coś ty powiedział? 
A on znów wchodzi w swoją rolę. Wszystko, byle nie rozprawiać nad cudzymi fanaberiami. Wszystko, byle nie oglądać rozczarowania na tej ładnej buźce. Wszystko, byle móc odwrócić jej uwagę od sedna rzeczy. Niedbale poprawia przewiązane w biodrach cienkie prześcieradło. Lekko uniesiona brew, napięte do granic możliwości ciało, półotwarte usta. Czyta w niej niczym w otwartej książce. W kącikach jego oczu pojawiają się leciutkie zmarszczki. Nie potrzeba wiele, żeby zmienić bieg jej myśli. Nie kryjąc zadowolenia rzuca wprost do odbicia Niny: 
—  Jesteś słodka, kiedy się złościsz i taka spięta, kiedy... nikt nie patrzy. Służę pomocą, Welch. 
Co to to nie! Zbita z tropu i ciut za bardzo nieswoja Nina, odwzajemnia się mocniejszym skrzyżowaniem rąk i naburmuszonym spojrzeniem. 
—  Levine, ty draniu, jeśli myślisz, że... O, nie! Nie zmieniaj tematu. 
Plączący się język. Usta zaciskające się w wąską kreskę. Powierzchowność topniejącej królowej lodu. Głód pragnień.
Taka właśnie jest.
Pełna sprzeczności, absolutnie (nie) przewidywalna i naga w jego oczach. 
Kiedy to stałaś się taka zdecydowana, Welch? 
Levine znacząco unosi brew. 
Jak to kiedy, Levine? Wtedy, kiedy odebrałeś jej ostatnią rzecz, która nakazywała jej trzymać cię na dystans. Strach przed upokorzeniem.
Zachwyt pomieszany z rozczarowaniem przeszywa go niczym sztylet.
Przez jego wargi przemyka łobuzerski uśmieszek. 
A niech to!
—  Nie liczcie na mnie. 
I się zaczyna. Cała paleta emocji. Palące niedowierzanie. Dziecięce niezadowolenie. Umiejętność wiercenia dziury w brzuchu, której mogłaby jej pozazdrościć nawet Chloe. 
—  Jak możesz? Obiecałeś! Każdy z nas ma jakieś marzenia. O ile dobrze pamiętam, ty też je miałeś. Muzyka była całym twoim światem jeszcze na długo zanim... 
Wybornie. Odpędzając irytację Adrien odkleja się od lustra i staje z nią twarzą w twarz. Wystarczy trochę ją o(nie)śmielić. Z przyjemnością przywołać tę grzeczną, zagubioną dziewczynkę, która na przemian przyciągała go i odpychała. Ująć drobną buźkę w dłonie i spróbować oczarować. Dotykiem, głosem, uśmiechem.
— … się pojawiłaś, czy tak? W rzeczy samej. Miałem je. Ale teraz? Kochanie, nie mam najmniejszych powodów, żeby dalej to ciągnąć. Ludzie się zmieniają. Skończyłem z Levim, z graniem i z całym tym bajzlem. Wszystko, czego dziś pragnę znajduje się tutaj, w tym pokoju. Wliczając w to... Ninę Welch. 
O mały włos. Usta wygięte w ironicznym grymasie. Badawcze spojrzenie. Lekko przymrużone oczy. Jak to jest przegrać z kretesem, Levine? Ignoruje cisnące się na usta przekleństwo. Och. Nina Welch całą sobą mówi: zgłupiałeś, nie ze mną te numery, Levine. Poukładana Nina, ta będąca wytworem szalonej wyobraźni Benjamina, była o wiele prostsza w obsłudze. Łapała się na każde kłamstewko, rozczulała swoją naiwnością, kusiła niewinnością. Dzisiejsza natomiast... to zupełnie inna bajka. Nie mniej wspaniała, niż poprzednia, a jednak... inna. Pozbawiona pokory, równie pociągająca, choć zaprogramowana wyłącznie do niego. Przypominająca szesnastoletnią, nieco niesforną Ninę dla której siedemnastoletni, nieco zbyt przewidywalny Adrien przed laty stracił głowę. Poruszony tym odkryciem spontanicznie składa pocałunek w jej włosach. Natychmiast uderza go zapach wanilii, dziś dobrze wymieszany z jego CK One. Nie zamieniłby tej dziewczyny na żadną inną.
I pomyśleć, że niemal to przeoczył. Cuda jednak się zdarzają. Reakcja Welch jest dokładnie taka, jakiej życzyłby sobie egoistyczny Adrien. Dająca przewagę, mile łechcąca dumę, niemal zakazana przez tę nową. Wspaniale. Odrobinę zmieszana i absolutnie zmiękczona wbija w niego maślany wzrok. Mamrocze niemal bezgłośnie: 
A to za co?
Za to, że cię mam.  
O, tak. Z pewnością powinna ugryźć się w język i nieco mu odpuścić, ale widok zawalonego kartkami biurka przywraca ją do rzeczywistości i przywołuje wspomnienie minionej nocy. Calutkie pół godziny, które spędziła samotnie w jego mieszkaniu, podczas gdy on wyskoczył po wino. Moment, w którym pokusiła się o przeczytanie pierwszego z nich. Szybko przestała liczyć. Wszystkie były... naprawdę dobre. Jak to więc się stało, że dziś połowa z nich podarta na drobne kawałeczki zalega w koszu, a druga, wygnieciona, wala się dosłownie wszędzie? To druzgocącego odkrycie każe jej wyrzucić z siebie z prędkością karabinu maszynowego: 
—  Nie możesz ich zawieść, rozumiesz? Levi bardzo na ciebie liczy, co tam on, cały zespół! Prawdę mówiąc... ja także. Wiesz jak bardzo chciałabym usłyszeć cię na żywo? Czy moje marzenia są mniej ważne od twoich? Rozejrzyj się, Adrien. Wciąż komponujesz. To zdecydowanie coś znaczy. 
Uparciuch. Adrien wypuszcza ją z ramion, leniwie podchodzi do biurka i sięga po lwią część papierzysk. Są świeże. Komponował jak szalony. W nocy, kiedy spała. W pierwszym odruchu ma ochotę zgarnąć je stamtąd i cisnąć do kosza. W pierwszym odruchu. Może chociaż tych nie zdążyłaś przeczytać, słodka Nino? Czuje się tak, jakby dał jej wgląd w swoje myśli. Z trudem przełyka ślinę. Podstępne zażenowanie odbiera mu głos.
Nina niepewnie zaczyna iść w jego stronę. Nigdy nie widziała go takiego. Udręczanego. Z wyrazem tęsknoty wymalowanej na tej fascynującej twarzy. Wzruszonego...? 
—  Adrien? 
Kojący głos tuż przy uchu i dłoń parząca jego nagie ciało przywracają go do rzeczywistości. Ten dotyk przeszywa go niczym prąd. Odruchowo nakrywa dłoń dziewczyny swoją. Cholera. Czuje pod palcami bicie swojego serca. Zbyt mocne, zbyt nerwowe. Nie on jeden. Dlatego, gdy nie kryjąc konsternacji chce zgnieść w palach te swoje nieszczęsne wypociny, ona wykorzystuje okazję i ostrożnie wyjmuje mu je z rąk. I wtedy on odwraca się w jej stronę. Ze zdziwieniem odkrywa, że są sobie równi. Te osiem centymetrów zrobiło swoje. Nim zdąży sobie uświadomić, że dziewczyna stoi też na palcach, ta odkłada na biurko zdobyte podstępem kartki. 
—  Nie rób tego, Adrien. 
Levine wbija w nią pytające spojrzenie, a w odpowiedzi ona kładzie dłonie na jego policzkach. Czuje kłucie pod palcami. Widzi ponury błysk w oku. Wie o ich istnieniu. Ale to nic. Bo wewnętrzne demony, których on być może nigdy nie zdoła się pozbyć już jej nie przerażają. Zmiękczona zanurza palce w ciemnych, błyszczących kosmykach i robi to. W przypływie emocji całuje go. I tyle. Albo aż tyle. Egoistycznie nie pozwala zamienić się temu w nic więcej. Kładzie palec na jego wargach. Zirytowała go? I to jak. Adrien Levine zawsze dostaje to, czego chce. Dziś nie powinno być w tym względzie wyjątkiem. Ale jest. I nie pozostaje mu nic innego, jak tylko przełknąć tę gorzką pigułkę i nieco osłodzić sobie życie. Odzyskać utracony rezon, obdarzyć ją powłóczystym spojrzeniem i wreszcie pozwolić jednemu z kącików ust zawędrować w górę. 
—  No proszę... Masz mnie, kochanie. I pomyśleć, że kiedyś byłaś taką uroczą i poukładaną dziewczyną... 
Wzdryga się. Jak przez mgłę dociera do niej znaczenie tych słów. Są jak policzek. Przywodzą na myśl inne. Te, które wypowiedział, najpewniej pod wpływem chwilowego kaprysu, tamtego dnia, kiedy przyszła do kawiarni szukać brata.

    Benjamin Ward nie jest tym, którego pragniesz tak bardzo, ze aż zaczyna ci brakować tchu. Nie jest tym, czego potrzebujesz, żeby oddychać. 
    Zrób coś dla mnie. 
    Przyjdź tutaj kiedyś i weź to, czego pragniesz. 
    Tak po prostu.

Ignorując szum w głowie końcami palców chwyta się biurka.
Kłamca.
Adrien Levine zawsze chciał tylko jednego. Tamtej kruchej i ostrożnej Niny. Nikogo więcej, tylko jej. Zdecydowanie było czymś, co bez wątpienia mogło ją zniszczyć. Nina z całych sił zagryza dolną wargę. A gdyby tak... dać mu to, czego on w głębi duszy pragnie? Przecież wciąż ma w głowie jej wyraźny obraz! Tonący brzytwy się chwyta. Robi to jak na zawołanie. Spina ramiona. Odsuwa się o tych kilka centymetrów. Znów pokrywa się warstewką lodu. On zaś nawet tego nie zauważa. 
—  Zmieniłeś mnie. 
Levine nieważnie przytakuje. 
—  Zmieniłem. 
Brak entuzjazmu w głosie. Poczucie winy. Rozkojarzenie. Czy bardzo żałuje, że na dobre utracił tamtą kruchą, niestabilną emocjonalnie Ninę? Czy historia zatoczy koło? Czy będzie tak jak z Benjaminem? Czy nikt nie jest gotowy na prawdziwą Ninę Welch? 
—  Czy ja... jestem bardzo rozczarowująca? 
Nie może uwierzyć, że się odważyła. Oboje nie mogą. Ta spojrzenie. O wiele bardziej trzeźwe. Dziwnie zmienione. Surowe. Tnące niczym brzytwa. Lodowate. Pod jego naporem słaba Nina Welch znów zaczyna przepraszać za to, że żyje. 
—  Rozczarowująca...? Jak ogóle mogłaś tak pomyśleć? Nie jestem nim! Przy mnie nie musisz udawać kogoś, kim nie jesteś. Ja... kocham cię w każdym wydaniu. 
Nieznośna suchość w gardle. Dłonie mocno zaciskające się na jej nadgarstkach. Oczy świdrujące ją na wylot. Kocham cię w każdym wydaniu. Powiedział to. I gdy Nina już miała nieważnie mu na przytaknąć, nie doszukując się w tych słowach żadnego drugiego dna, on same je znalazł. Puścił jej dłonie i muskając końcami palców policzek brunetki, zapewnił gorąco: 
—  Kocham cię... i nigdy nie waż się w to wątpić. 
Ostrożny uśmiech. Serce, które bardzo chce wyskoczyć z piersi. Nie dająca się poskromić euforia. Nina Welch wybucha niczym granat. Topi się pod wpływem jego dotyku. W mig zapomina o złożonych obietnicach. Znów nie może oderwać od niego rąk. I gdy już, już ma sięgnąć tam, gdzie prawdopodobnie nie powinna sięgać, Adrien gdzieś pomiędzy jednym, a drugim zachłannym pocałunkiem, niechętnie przywołuje ją do porządku. 
Chloe... czeka. 
Nina niepewnie przytakuje. Starannie poprawia poluzowane wiązanie na jego biodrach. Nie ma w tym ani grama zgorszenia. Jeśli już, to raczej graniczące z oburzeniem zażenowanie. Winna to tylko jedno z wielu jej imion. Znów dała się ponieść. Była gotowa wystawić swoją najlepszą przyjaciółkę do wiatru. I z każdym dniem coraz trudniej jej temu zaradzić. Prycha pod nosem: - Jezu, to straszne... Jestem najgorszą przyjaciółką na świecie! - łapczywie zaciąga się resztkami powietrza. Dla własnego dobra musi jakoś ugasić ten ogień. Zna pewien sposób. Jedyny właściwy. Powinna zejść mu z oczu. Najpierw jednak... — Widzimy się... wieczorem? 
Gdy ze wzrokiem wbitym w podłogę, starając się o nim nie myśleć, nerwowo obciąga w dół poły jeansowej kurtki, on wszystko psuje. Podtrzymuje ramię dziewczyny i mamrocze tuż nad jej uchem:
—  Nie odpuścisz? 
Twarz brunetki się rozjaśnia. Wolno odwraca się w stronę Adriena po to, aby wyszeptać wprost w jego usta: 
—  A ty? Potrafisz... odpuścić? 
Jest w tym jakiś triumf. Jakaś doza szaleństwa. Jakieś niewypełnione przyrzeczenie.
Uchodzi z niego całe powietrze.
Zły na siebie, że znów dał się złapać, puszcza ją i prycha: 
Jeden koncert i na tym koniec. 
W odpowiedzi ona obdarza go najpiękniejszym uśmiechem świata. 
—  Wyczuwam ekscytację. 
I znów jest ugotowany. Do tego stopnia, że nie może się powstrzymać, by nie pochwycić połów jej kurtki i z krzywym uśmieszkiem na ustach nie przywołać jej do porządku: 
—  Nie przeciągaj struny, mądralo. 
Ona raptownie poważnieje.
On wlepia w nią spragnione spojrzenie.
Takie, które przyprawia ją o porządny zawrót głowy.
Takie, o które on sam siebie nigdy nawet by nie podejrzewał.
Ona zwichrza mu włosy.
On zamyka jej usta pocałunkiem.
Jej palce zastygają tuż nad jego policzkiem.
Jego dłonie znów znajdują dla siebie miejsce na jej biodrach. 
—  Jesteś wspaniały. 
To on pierwszy przytomnieje. Z czułością muska podbródek dziewczyny, a potem nie pozostawiając jej prawa wyboru, odwraca ją do tyłem i walcząc ze swoją niesubordynacją, lekko popycha w kierunku drzwi. 
Oczywiście, że tak, ale zmykaj już, w przeciwnym razie... wykorzystam okazję i zmuszę cię, żebyś tu ze mną została odrobinę dłużej niż powinnaś. 
Niepocieszona Nina unosi ramiona w geście niezadowolenia, ale posłusznie poddaje się jego woli. Jednego może być pewna. Tym razem się nie spóźni.


Pewny, sprężysty krok. Plątający się po ustach uśmieszek. Delikatne kołysanie biodrami. Nina Welch znów się zapomina. Puszcza w niepamięć strach przed tym, co obce. Botki na kilkucentymetrowym obcasie. Kusa sukienka. Jeansowa kurtka. Nina Welch znów wymyka się konwenansom. Porzuca wątpliwości. Cieszy się nową sobą. Przymyka oko na niewygodną przeszłość.
I uwielbia ten stan rzeczy.
Ach, gdyby mogli ją teraz widzieć!
Londyńskie, wilgotne, ale ciepłe powietrze zwiastuje wiosnę. Już od kilku dobrych tygodni nie musi dzielić go z takim jednym. Tym na B. Ten fakt sprawia, że uderza jej do głowy niczym bąbelki szampana. Każe oddychać pełną piersią. Każde zrezygnować z autobusu na rzecz spaceru. Każe kupić dużą latte u konkurencji. Każe bez uprzedzenia wparować do swojej ulubionej kawiarni. No i każe dojrzeć tam coś, czego prawdopodobnie nigdy nie powinny oglądać jej czy.
Staje jak wryta. To niemożliwe. Papierowy kubek wysuwa się spomiędzy jej palców. Świat uderza w nią ze zdwojoną siłą, brudząc wszystko wokół. A jednak. Rozciąga usta ni to w pobłażliwym uśmiechu, ni to w grymasie. No co? Mimo wszystko... ten rodzaj prawdy wciąż zaskakuje i bawi najmocniej.

1 komentarz:

  1. „Cierpliwość nigdy nie było jego mocną stroną” – była.
    „Bo może to nie prawda?” – nieprawda łącznie.
    „… się pojawiłaś, czy tak?” – zbędna spacja po wielokropku.
    „(…) jakiej życzyłby sobieegoistyczny Adrien” – brakująca spacja.
    „Każe bez uprzedzenia wparować do swojejulubionej kawiarni” – jak wyżej.

    Czyżby jednak Benjamin wcale nie opuścił Londynu? Na to wygląda. Tylko… dlaczego?
    To, że minęło gdzieś w międzyczasie aż kilka tygodni mocno mnie zaskoczyło. Byłam pewna, że to dalszy ciąg tamtego poranka. No nic, pozostaje tylko czekać na ciąg dalszy. Mam nadzieję, że go nas (co tam nas, ja tak personalnie, mnie!) nie pozbawisz.

    Pozdrawiam gorąco,
    maxie

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za komentarz!

© Agata dla WioskaSzablonów | Technologia blogger. | Freepik FlatIcon