9 grudnia 2018

into dust, n #74


Intruz. Tym właśnie dla niej był. Nikim, ani niczym innym. Szczególnie tej nocy. Wpakował się w jej życie z buciorami, wywlekł na wierzch długo tłumione emocje, pogruchotał uczucia. Samą swoją obecnością zwykł sprawiać, że fałszywa i kiepsko przymocowana aureola raz po raz spadała z głowy świętej panny N.
I jakby tego było mało...
Dziś znów je czuł. Gniewny wzrok, kiedy wbrew protestom jej nowych przyjaciół, wywlekał ją z wnętrza tego podłego klubu. Ośli opór, kiedy zamiast się poddać, szarpała się z nim niczym ptak w klatce. Przewrażliwienie, kiedy jego dłoń niechcący wylądowała na jej biodrze. Wysyczane niemal na bezdechu.
— Zabiję. Cię. Jeśli. Dotkniesz. Mnie. Raz. Jeszcze. Drew.
Jędza. Przyrzekł sobie, że zniesie wszystko, ale... czy mógł przewidzieć coś równie szalonego? Dałby głowę, że ta dziewczyna bezkrytycznie odwzajemnia jego uczucia. I właściwie od ręki by ją stracił.
Naiwniak.
Nie przestając się szamotać, chwyta ją za ramiona i zmusza, żeby na niego spojrzała. Łał. Tego jeszcze nie grali. Nie dowierza temu, co widzi. Tym razem to coś więcej niż tylko procenty. Nina Welch przegięła w drugą stronę i to tak mocno, jak potrafi tylko ona. Stanie na skraju przepaści zawsze było jej specjalnością. Ale skakanie w nią... to jednak coś nowego. Z jego ust wyrywa się ciche gwizdnięcie.
 Co brałaś?
Przybył za późno. Skąd więc mógł wiedzieć, że samotna, rozchwiana psychicznie, temperamentna, a z całą pewnością i pijana Nina, to świeża, nowiutka i niebezpieczna Nina? Gdyby znał ją choć trochę i wiedział jak ją poskromić, to zapewne zabrałby ze sobą sznur. Albo egzorcystę. Ale nie znał. Nic a nic. W efekcie, porwał się na nią jak z motyką na słońce.
Welch wzrusza ramionami i na moment odpuszcza. Próbuje wykrzesać z siebie jakieś pozory normalności. Uśmiecha się leciutko, zupełnie jak dawniej. Frank koncertowo nabiera się na jej gierki. Nie dostrzega pułapki i odpowiada uśmiechem, który znika z jego twarzy natychmiast, gdy ona spuszcza na niego kolejna bombę, zaczynając niecodzienną wyliczankę:
— Hmm, trochę tego było. Pomyślmy... tequila, trawka i kokaina. Chyba niczego nie pominęłam, prawda?
Kokaina
Frank rozdziawia usta. Czy to wciąż Nina Welch? Jego Nina? Ta sama, którą całował przed kilkoma tygodniami? Ta, z której powodu został w mieście? Ta, którą próbuje dziś ratować przed nią samą? To niemożliwe. Ich ostatnia wspólna noc miała być nocą pełną wybuchów i fajerwerków. Tego akurat mógł być pewien.

/

Mocne szarpnięcie. Godne pożałowania. I jeszcze jedno. Zupełnie, jakby tylko właśnie ono mogło powstrzymać ją przed odejściem. Prychnięcie. Ostrzegawcze. On nie odpuszcza, ona oddaje mu z nawiązką. Akcja – reakcja. Jeden strzał. Dosłownie jeden. Tyle wystarczy. Ach, cóż za cios! Drew niepokojąco chybocze się na nogach, ale nie upada. Ciekawe, kto ją tego nauczył? Nadopiekuńczy ojciec? Filigranowa Chloe? Narwany Adrien? W obecnej sytuacji to już bez znaczenia. Żadnego z nich od dawna nie ma w mieście. Zeszli ze sceny tego śmiesznego teatrzyku. Została tylko ona.
Na swoje nieszczęście.
Zgięty w pół obserwuje, jak jego nieosiągalne marzenie oddala się chwiejnym i zygzakowatym krokiem. Unosi brew. Dzień dobry, czy my się znamy? Dopiero teraz dostrzega całą tę osobliwą otoczkę. Wysokie obcasy i króciutka cekinowa kiecka rzucają nowe światło na świętoszkowatą Ninę. To chodząca destrukcja. Równia pochyła. Jego osobista Nemezis. Niepotrzebne skreślić. A przy tym zadowolona z siebie i taka... wolna.
Wróć, wyzwolona.
Klon Chloe. Bezmyślnie zajęła miejsce blondynki. Zaś Frank, zamiast ślinić się na jej widok, tylko krzywi się z niechęcią. Duchy dawnych, dziś już nieobecnych, znajomych nie dają o sobie zapomnieć. Niczym stado dzikich ptaków kołują nad jego głową.
Wzdryga się.
Myślami wraca do Moritz. Niedługo po Adrienie wyjechała z miasta. Bez słowa. Co się z nią stało? Nikt nie wie. Frank do dziś żałuje tego, w jakiej atmosferze przyszło im się rozstać. No ale... miłość nie wybiera. Zło, które on i Chloe wyrządzili sobie nawzajem kiedyś musiało zaprocentować. Ona związała się z Olivierem, którego ostatecznie i tak porzuciła, natomiast Drew... zakochał się na zabój. W dziewczynie swojego (prawie) kumpla. Tylnymi drzwiami wprosił się tam, gdzie nikt go nie chciał. Zajął miejsce Benjamina w kolejnym chorym i dysfunkcyjnym trójkąciku. Historia zatoczyła koło. Tylko, że on wcale nie był Benjaminem, a Nina nie była Niną.
Już nie.
Zalany nieoczekiwaną falą mdłości przytyka dłoń do ust. Bierze porządny, bolesny wdech. Wypuszcza powietrze, robi to z największym trudem.
Ostra sztuka.
Przyłożyła mu jak żadna inna. I, Bóg mu świadkiem, gdyby to miało oznaczać, że wróci stara Nina, podłożyłby się raz jeszcze. Tylko... która z nich dwóch jest prawdziwa? Może właśnie ta? Oblewa go zimny pot.
Po jego trupie.
Zważywszy na zaistniałe okoliczności oraz na to, że dziewczyna lada chwila zniknie mu z oczu, trochę przerażony, pędem puszcza się w jej stronę. Dopada ją przy śmietniku. Lekkomyślnie ignoruje świdrujący ucisk w żołądku, łapie brunetkę za ramię i popycha w kierunku zimnego muru.
 Dokąd tak pędzisz? Zwolnij... do cholery.
Powinna chociaż drgnąć jej powieka, ale nie. Musiała spodziewać się tego, że znów ją dopadnie. Bonusów z tym związanych, również. Tego, że ujmie jej twarz w dłonie. Tego, że będzie próbował wykrzesać z niej trochę życia. Tego, że będzie płakał nad grobem dawnej Niny.
Maruda.
Naćpana, czy nie, nie pozwoli się tak traktować. Rozszerzone źrenice, drwiąco przymrużone powieki, ciało niczym worek kartofli, jego dłoń na... pośladku. Cudnie. Irytująca jak wszyscy diabli, ale obojętna. Obojętna jak on sam. Nieśmiało kiełkujące uczucia zwiędły równie szybko, co zdążyły wypuścić liście. Jak również cała złość na tego dziwoląga. Mimo wszystko... bez większych emocji zerka na jego dłoń, która wciąż spoczywa tam, gdzie nie powinna. Nina, która należała niegdyś do Adriena dałaby mu w twarz, ale ta... nie zaprotestuje. Co najwyżej, zabawi się kosztem tego na F. Wysnuje osobliwe wnioski i uraczy go kolejną porcją nie takiego znowuż absurdu.
Kawa na ławę, Frankie.
— Ciekawe na co mam czekać? Na to aż mnie zgwałcisz? Ustaw się w kolejce.
To pytanie jest jak uderzenie pioruna. Drew się wzdryga. Jezu. Posądziła go o zapędy godne samego Benjamina Warda! On odruchowo się odsuwa, z wrażenia przygryzając sobie język, ona traci równowagę. On próbuje ją złapać, ona wybucha dźwięcznym śmiechem. On traci rachubę, ona przyskrzynia go tym swoim zimnym spojrzeniem.
— Litości! Za kogo ty mnie masz?
— Za wrzód na tyłku.
Słowa bolące bardziej niż policzek. Jadowity uśmieszek tnący na kawałki całą jego pewność siebie. Złośliwość w jej ustach, która kąsa niczym wąż.
Co tu się wyrabia?
— Co się z tobą stało?
Lód w żyłach. Lekkomyślność. Żądza przygody. Wszystkie pozorne. Drew marszczy brwi. Jest w głębokim szoku. Kręci mu się w głowie. Od nadmiaru wrażeń. Od samego jej spojrzenia. Od szemranych zamiarów, o które z taka łatwością go posądziła.
 Co cię tak dziwi, Frank? Najpierw złamałeś mi życie, a teraz łazisz za mną jak porzucony pies i żebrzesz o uwagę. Nie masz choć cienia wstydu?
Teraz to on ledwo trzyma się na nogach. Patrzy na tę niewinną niegdyś, dziś wykrzywioną grymasem gorzkiego uśmiechu buźkę i coraz więcej rozumie. Więc to tak. Błyskawicznie odkłada na półkę rzucone w swoją stronę oskarżenia. Złamałeś mi życie. Łazisz za mną jak porzucony pies. Żebrzesz o uwagę. 
Niedoczekanie. 
Nie czuje się winny. To jego zasługa. Adriena. Tego... Samolubnego palanta. Gwiazdeczki od siedmiu boleści. Ostatniego gwoździa do trumny Niny Welch. To on... Doprowadził ją do załamania nerwowego. Brzemiennego w skutki. Złamał. Tym razem na dobre. Zrobił z niej ćpunkę. Wołającą o pomoc... albo o coś zupełnie innego. Nim się obejrzy, chwiejna Nina, ta sama, która zaledwie kilka chwil temu oświadczyła, że złamał jej życie, kompletnie  zmienia front, splata palce na jego karku i mruczy uwodzicielsko patrząc mu w oczy:
— Właściwie... czemu by nie? Niech stracę. Nie ty, to inny. Więc jak z nami będzie? Znajdziesz w sobie trochę odwagi i wykorzystasz okazję? Niedaleko jest hotel.
Z nami. Trochę odwagi. Okazję. Hotel.
Oczy Franka przypominają pięciozłotówki. Tych kilka słów nie przestaje tłuc mu się po głowie. Czy Nina Welch właśnie zaproponowała mu... niezobowiązujący seks? Krew pulsuje w jego żyłach, jej usta są tak blisko. Zbyt blisko. Czuje na nich jej spokojny oddech. Dostrzega tę odrobinę atencji w czekoladowych tęczówkach. A skóra Niny... jest taka cudownie miękka. Naprawdę... mógłby ją mieć? W ten sam sposób, co Levine?
Utopia.
Ta dziewczyna sama prosi się o kłopoty. I najwyraźniej tym razem nie żartuje. Próbuje przeciągnąć strunę. Sprowokować go. Upodlić się najbardziej, jak to tylko możliwe. Ktoś inny pewnie by skorzystał, ale nie on.
Jest o krok od złamania się, ale zdusza w zarodku narastające podniecenie i chwyta ją za ramiona. Zaczepność ustępuje miejsca zdumieniu. Odrywa jej palce od swojej skóry. Pali żywym ogniem. Jest zły. Wściekły. Wkurwiony. Na nią, na siebie, na Adriena. Na nią, bo nie potrafi normalnie żyć bez tego ostatniego, na siebie, bo nie może żyć bez niej, a na Adriena... bo może żyć z dala od niej.
Jakimś cudem.
— Daruj sobie. Nie do twarzy ci w byciu dziwką. Może Adrien lubił takie zabawy, ale ja nim nie jestem. Jesteś tak naćpana, że nic dziwnego, że nie zauważyłaś  — cedzi ze złością. Niebezpieczny błysk w oczach dziewczyny gaśnie. Przechodzi w rezygnację.  Zachęcony tym bierze się w garść. Nie ma wyjścia. Musi wstrzelić się w odpowiedni moment. Wciąż wierzy, że może przemówić dziewczynie do rozsądku. Że jego resztki wciąż w niej są. Że nie zabiły go alkohol i ten magiczny biały proszek. Ujmuje jej podróbek i dodaje miękkim głosem:  Wróć. Do mnie. Kocham cię. Obiecuję, że razem jakoś to poukładamy. Wyciągnę cię z tego bagna i... pomogę o nim zapomnieć.
Maska spada z jej twarzy. Na dźwięk swojego ulubionego imienia oraz tego dość nieoczekiwanego wyznania miłosnego, odwraca wzrok i zagryza wargi. Wrócić. Do mnie. Kocham cię. Wyciągnę cię z tego. Pomogę o nim zapomnieć. Skąd wiesz jaka jestem? Gówno o mnie wiesz. To bilet w jedną stronę. Powinnaś wiedzieć, Welch. A skoro już go skasowałaś... Przytyka palce do nosa. Ledwie dostrzegalne drobinki białego proszku stanowią jedyny dowód na to, co zrobiła. Frank się spóźnił. I co z tego, że dawka była niewielka? Wzięła ją. Tylko to się teraz liczy. Nie ma już Adriena. Nie ma Chloe. Nie ma Niny. Tej nocy własnoręcznie ją zabiła. Ćpaniem razem ze swoimi nowymi znajomymi i  śmiałą propozycją rzuconą mu prosto w twarz. A gdyby na nią przystał? Wzdryga się z obrzydzeniem. Nigdy nie chciała Franka Drew, zawsze chciała tylko tego na A. Dlatego perfekcyjnie wchodzi w swoją nową ponoć skórę i zaczyna zgrywać urażoną księżniczkę:
— Widzisz co narobiłeś? Popsułeś nastrój. Kochasz mnie? Serio, Frank? Miłość to ostatnie czego dziś potrzebuję. Ode mnie na pewno jej nie dostaniesz. Kochałam tylko jedną osobę i... tą osobą na pewno nie nie jesteś ty. Powinieneś wiedzieć. Dobrej nocy.
Wychodzi gorzko, nazbyt emocjonalnie. Ani trochę w stylu nowej, zimnokrwistej i bezuczuciowej Niny. Odpycha osłupiałego i czerwonego ze wstydu Franka i rusza przed siebie. Nie chce żadnych miłosnych wyznań. Nie chce... niczego. Do szczęścia potrzebuje tylko jednego. Nieistnienia. Jej życie to jazda bez trzymanki. Wegetacja dla szaleńców. Złośliwość losu. I jak na ironię... jeszcze to.
Wędrówkę Niny przerywa uderzenie gorąca. Przystaje. Nogi odmawiają jej posłuszeństwa. Karuzela w głowie przyspiesza. Serce bije jak oszalałe. Oto i ona. Zagląda prosto w oczy. Widzi jak się z niej śmieje, a wreszcie i... upomina o nią. Uśmiecha się i odruchowo wyciąga dłoń do postaci czającej się tuż za rogiem.

Śmierć.
Tak wiele tygodni. Zmarnowanych.
Tak wiele łez. Niepotrzebnych.
Tak wiele nienawiści. Nieuzasadnionej.
Już czas.
Czekałam.

To ostatnia rzecz, która przychodzi jej do głowy, nim zgaśnie.
Na dobre?

6 komentarzy:

  1. Ale się cieszę, że znowu można tutaj zaglądać :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też! Czas dopisać zakończenie ;)

      Usuń
    2. Blogspot zjada komentarze, a tyle się napisałam, ech...

      Usuń
    3. Naprawdę? :O Dużo się tu zmieniło odkąd napisałam gdzieś ostatni komentarz. Szkoda gadać. Nic dziwnego, że wszyscy z niego uciekają.
      Ps. dziękuję, że czytasz! Moja nadzieja na to, że ktoś z Was dotrwa do ostatniego rozdziału tego opowiadania była już na wyczerpaniu :*

      Usuń
    4. Tak, napisałam, kliknęłam opublikuj, potwierdziłam, że nie jestem robotem i nic.

      Usuń
    5. I tak za każdym razem? Szkoda. Mam nadzieję, że to nie wina mojego bloga, tylko blogspot coś pokręcił. Ja na wattpadzie, jak pisałam jakiś komentarz, to najpierw w wordzie, bo nie zdążyłam nawet kliknąć "publikuj", a znikał :/

      Usuń

Dziękuję za komentarz!

Oni

Nina (59) Adrien (58) Olivier (29) Benjamin (27) Chloe (27) Julie (16) Frank (10) Levi (6) Alexander (5) Domenico (4) Jenny (4) Lolly (4) Claire (1) James (1) Megan (1)